The Balm: Nude Beach i Meet Matt(e) Hughes

By velvetypony - 08:31


Wreszcie mogę oficjalnie zaprosić Was na mojego bloga. Sama nie wiem, czemu tyle to odkładałam, biorąc pod uwagę to, ile już się w życiu, jako nastolatka, „nablogowałam”, ale najwidoczniej pochłonął mnie instagram, gdzie zdecydowanie łatwiej jest znaleźć (i zatrzymać!) odbiorców, a produkowanie kolejnych postów to kwestia zrobienia zdjęcia. Tematyka bloga to kwestia otwarta i na pewno pojawią się tu posty niekosmetyczne, ale nie da się ukryć, że makijaż stał się w ciągu ostatnich paru lat moją największą pasją i bardzo chciałabym się dzielić moimi recenzjami w trochę bardziej rozszerzonej formie, a nie tylko na Instagramie i Snapchacie, gdzie ciężko dostać się do treści, których akurat szukamy. Chciałabym, żeby moje recenzje były jak najbardziej pomocne dla Was - dlatego chętnie wysłucham każdej opinii i sugestii w komentarzach na blogu lub na moim instagramie. 



Tyle słowem wstępu, a tymczasem zapraszam na pierwszą recenzję, która dotyczy kosmetyków The Balm. Marka The Balm jest na pewno wszystkim znana - to firma średnio półkowa, dostępna w Polsce m.in. w perfumeriach Douglas i licznych drogeriach internetowych. Moim pierwszym kosmetykiem tej marki był kultowy rozświetlacz Mary-Lou Manizer, którego używam już od dawna, a w listopadzie zeszłego roku dostałam  w ramach współpracy do przetestowania paletę cieni, matowe pomadki i kilka innych produktów.

paleta cieni The Balm Nude Beach i pomadki Meet Matte Hughes


1.    Paleta cieni Nude Beach



paleta cieni The Balm Nude Beach




cienie do powiek w palecie Nude Beach The Balm
swatche cieni Nude Beach The Balm



Nude Beach (Douglas: 165 zł, MintiShop: 129 zł) to trzecia z serii „Nude” po Nude Tude i Nude Dude paletka 12 cieni. Od poprzedniczek odróżnia ją przede wszystkim tonacja, która zgodnie z panującą modą jest bardzo ciepła, ale dalej bardzo "użytkowa" - nie znajdziemy tu pomarańczu ani czerwieni. Pod tym względem przypomina bardziej palety Zoeva Cocoa Blend, Tarte Tartelette Toasted i Urban Decay Naked Heat niż Modern Renaissance z ABH.



Kolorystyka jest dużym atutem tej palety. Jest bardzo „kompletna” - wiem, że mogę ją zabrać na każdy wyjazd, bo dam radę zrobić kilka różnych makijaży dziennych i kilka wieczorowych. W palecie znajdziemy 12 odcieni – 6 matowych i 6 błyszczących. Brakuje tylko czerni, ale prawdopodobnie specjalnie została zastąpiona ciemnym brązem i ciemnym fioletem, które są „bezpieczniejszą” opcją dla wielu osób. Z tą jedną paletą możemy zrobić cały makijaż w różach, cały w brązach, lub wykorzystać oba kolory. 3 różne cienie sprawdzą się jako cienie przejściowe i w załamanie, 2 ciemne cienie pogłębią makijaż, mamy też 2 jasne cienie do rozświetlania w wersji matowej i błyszczącej, oraz naprawdę sporo cieni błyszczących na powiekę ruchomą. Czyli komplet, jeśli nie potrzebujemy niczego bardziej kolorowego.



Jakość cieni w palecie jest według mnie bardzo dobra, adekwatna do ceny i zadowoli zarówno początkujących  i bardziej "zaawansowanych". Maty są miękkie, dobrze napigmentowane i nieźle się blendują. Nie zauważyłam nadmiernego osypywania się, ale zwykle i tak robię najpierw makijaż oka. Z ciemnymi cieniami (Brave i Brazen) pracuje się trudniej, ale nie powinno to sprawiać większych problemów. Przede wszystkim podczas blendowania cienie nie rozcierają się zupełnie, nie mieszają się i nie tworzą plamy w jednym kolorze (co według mnie dzieje się z niektórymi, nawet drogimi neutralnymi paletami cieni, np. Warm Neutrals od Sigmy albo Chocolate Bar od Too Faced).
Cienie błyszczące są miękkie, określiłabym je jako bardziej metaliczne, niż brokatowe, ale nie są to folie. Większość z nich nakłada się dobrze na sucho, ale zwilżenie pędzla pomoże wydobyć z nich jeszcze więcej (najpierw nabieramy cień, potem pryskamy pędzel! Inaczej na cieniu powstanie skorupka).

Opakowanie, jak przystało na The Balm jest kartonowe i utrzymane w stylu pin-up. Ja akurat nie przepadam za tym stylem, ale wiem, że jest to znakiem rozpoznawczym marki i wiele osób kolekcjonuje te kosmetyki właśnie ze względu na opakowania. Kartonowe opakowanie nadaje się idealnie do podróżowania, bo jest cienkie, nie zajmuje dużo miejsca i bardzo dobrze chroni cienie. Gramatura cieni jest standardowa (0,8 g, czyli trochę więcej niż w paletach ABH), ale niestety "okienko" z cieniem jest malutkie, przez co większym pędzlem zawsze rozmażemy cień dookoła. "Ściśnięcie" większej ilości produktu w taką wąską praskę może dobrze wpływać na wytrzymałość na upadki. Doceniam więc zalety praktyczne, ale wizualnie ta paleta po prostu mi się nie podoba.

Czy polecam? Paleta sprawdzi się osobom, które lubią ciepłe cienie do powiek, ale chcą je nosić na co dzień i nie czują się dobrze w tak intensywnych kolorach jak pomarańcz i czerwień. Ja sama do makijażu dziennego chętniej sięgam po tę paletę niż Modern Renaissance, w której jak na złość nie ma ciepłego brązu. Jeśli szukasz "tej jedynej" palety do codziennego użytku lub na wyjazdy, warto się nią zainteresować. Z perspektywy „instagramerki” muszę jednak przyznać, że nie jest to najlepszy wybór dla osób, które mają już dużą kolekcję cieni i robią bardziej skomplikowane makijaże – kolory są dość powtarzalne i na pewno znajdziecie u siebie ich odpowiedniki.

 
2.    pomadki Meet Matt(e) Hughes


pomadki matowe The Balm Meet Matte Hughes

Pomadki Meet Matt(e) Hughes (Douglas:75 zł/szt., MintiShop: 65 zł/szt.) dostałam w zestawie miniaturek (MintiShop: 129 zł). Istnieją 3 warianty tego zestawu, mój to najnowszy Volume 3. W środku znajdziemy 6 pomadek, ja niestety zaprezentuję tylko 5, ponieważ nie noszę różu i pomadka ma już nowego właściciela. Miniaturka ma 1,2 ml, a wersja pełnowymiarowa 7,4 ml.
Jestem bardzo zadowolona z tych płynnych pomadek. Mają niesamowicie komfortową konsystencję, która jest wyczuwalna jako taka gumowa powłoczka na ustach – ciężko to opisać, żeby nie brzmiało to źle, ale szminki matowe często dają ‘kredowe” uczucie na ustach, te natomiast, mimo matu, zupełnie nie wysuszają. Trwałość przetestowałam na imprezie sylwestrowej i do domu nad ranem wróciłam z prawie nienaruszoną pomadką. Konsystencja i komfort noszenia są zdecydowanie lepsze niż przy pomadkach Colourpop Ultra Matte Lips i Golden Rose Liquid Lipstick, nie posiadam w kolekcji żadnych pomadek, które podobnie się zachowują. Poza tym miło zaskoczył mnie zapach, zamiast typowej dla szminek wanilii lub ciasta, pomadki pachną jak miętowe czekoladki. Do tego wszystkiego mamy jeszcze fajny, mały aplikator, który pozwala naprawdę precyzyjnie nałożyć pomadkę. Nie wiem, czy duże szminki mają aplikator tej samej wielkości, ale ten z miniaturek sprawdza się idealnie przy moich wąskich ustach.


Naprawdę przyjemnie się ich używa i kiedy któraś mi się skończy (stawiam na Passionate albo Captivating) na pewno zainwestuję w pełnowymiarowy produkt. Polecam szczególnie zestaw miniaturek, żeby wypróbować kilka odcieni. Poniżej zobaczycie, jak kolory prezntują się na ustach.


swatche na ustach pomadek matowych The Balm Meet Matte Hughes





  • Share:

You Might Also Like

12 komentarze

  1. Super post!! Ma wszystko czego szuka się w dobrej recenzji. Czekam na więcej ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Starałam się uwzględnić wszystko, czego sama szukam w recenzjach :)

      Usuń
  2. A ja jakoś nie przepadam za tymi pomadkami - a chciałabym, bo kolory są piękne. U mnie po jakimś czasie robią się grudki i irytuje mnie to do tego stopnia, że rzadko po nie sięgam :( zauważyłaś coś takiego u siebie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To dziwne :o Właśnie to chyba jedyne matowe pomadki, z którymi nie mam żadnych problemów, zresztą sama widziałaś jak wysusza mi usta Golden Rose ;) Może nie mam jakiegoś wielkiego porównania, ale jeśli mam wybrać szminkę na dłuższe wyjście to łapią którąś z tych, bo wiem, że nie będę się męczyć

      Usuń
  3. Słyszałam, że te cienie są naprawdę świetne i zamierzam je wypróbować. Świetna recenzja :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo podobają mi się kolorki tej paletki i te pomadki coś pięknego <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też uważam, że bardzo dobrze trafili z kolorystyką :)

      Usuń
  5. Świetnie dobrane nazwy do odcieni - trudno się nie zgodzić !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mi się podobają, tylko przy podpisywaniu zdjęcia ciągle mi się myliły, bo wszystkie na "b" ;)

      Usuń
  6. Brillant prawie w ogóle jest nie widoczne, czyli w moim przypadku, by nie wypaliły. Wyglądają świetnie, jednak nadal nie jestem do nich przekonana mimo że nazwy są trafione!

    youtube

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brilliant faktycznie ciężko było uchwycić (nie robię mocnych swatchy, to mija się z celem), ale fajnie daje radę jako matowe rozświetlenie łuku brwiowego :)

      Usuń